2006-05-14 12:08:34 >>
Rozdział I-
Rejs przebiegał początkowo bez żadnych problemów. Spokojna woda niosła statek nieubłaganie, ale i delikatnie ku celowi. Orzeźwiająca bryza pluła w twarze marynarzy, którzy co chwilę robili coś na pokładzie, albo po prostu słodko leniuchowali wygrzewając się w ostrych promieniach słońca. Tylko jedna osoba była ciągle markotna. Dziewczyna robiąca za Cooka na tej, jak sama mawiała „zatęchłej i rozklekotanej łajbie”. Przygotowywanie jedzenia dla prawie trzydziestu chłopa było nie lada wyzwaniem, więc Aniel po paru dniach podróży miała serdecznie dość statku, wody, garnków, jedzenia i samej załogi, która zawsze musiała ponarzekać w najlepsze.
W drugim tygodniu miała nareszcie trochę spokoju. Wyszła na górny pokład, a oczy przyzwyczajone do pół mroku kuchni zapiekły od słońca.
-Patrzta! Nasza kuchareczka wyszła ze dołu- zawołał bezzębny żeglarz i zarechotał obrzydliwie. Aniel zrobiło się niedobrze na widok pobielałych dziąseł i końcówek przegniłych zębów. Odwróciła twarz i splunęła w wodę, by powstrzymać odruchy wymiotne. Przeszła spokojnie po całym pokładzie, przypatrując się robocie, którą wykonywali bezwiednie marynarze. Spojrzała w stronę steru i spotkała się z ciekawym wzrokiem kapitana. Ten uśmiechnął się zachęcająco i zamachał teatralnie kapeluszem na modłę piracką.
-Witam kociaku, chodź stąd masz lepsze widoki- podał jej dłoń, lecz Aniel prychnęła tylko i zwinnie wdrapała się po drewnianych schodkach.
-Ładny dzień prawda?- zagadnął niewzruszony Elemiach.
-Tak, kapitanie- mruknęła, udając obojętność, jednak jej błyszczące oczy mówiły same za siebie. Oto dziewczyna wychowana w domu tuż przy morzu, która widziała statki tylko z odległości jaka dzieliła okno jej pokoju i port, jest na pokładzie, a jej oczy widzą cuda. Bo dla niej, jak chyba dla każdego, który płynie w dziewiczy rejs, cudem jest tęczowość kropel rozbijających się o burty. Odblask słońca, które niczym Narcyz przegląda się w wodzie. Płetwy delfinów i innych większych ssaków morskich, które orzą wodę niczym ostrza pługów ryjące czarną glebę. To właśnie są dla niej cuda, a człowiek obyty z morzem, jakim jest Kapitan Vasar umiał to wszystko zauważyć. Przeszedł spokojnie obok niej i spojrzał na busolę wbudowaną w mosiężną nogę tuż obok steru.
-Panie Krat, proszę kurs trzydzieści stopni na lewo, bo przez te fale zbaczamy- zwrócił się uprzejmie do chudego sternika- Proszę także o informowanie mnie o zmianach pogodowych. Wydaję mi się, że nasz spokojny trakt spłata nam psikusa, a zbliżamy się do Morskich Kłów.
-Co to są Morskie Kły?- zapytała szybko Aniel. Kapitan uśmiechnął się i objął ją przyjacielsko ramieniem.
-Widzisz kotku, to są takie kurewskie szczyty rafy koralowej, którą za niedługo będziemy mijać. Na nieszczęście, przy złej pogodzie oczywiście, większość statków rozbija się o nie- wzruszył ramionami- Ale nie bój się maleńka, ze mną jeszcze żaden statek się nie rozbił. Czy nasz Cook przyjmie zaproszenie do mojej skromnej kajuty na szklaneczkę wina?- ukłonił się lekko. Dziewczyna od razu podniosła wysoko głowę, by pokazać, że nie na nią takie lepkie słówka, ale po chwili zgodziła się. W końcu, ten cały Kapitan nie był taki brzydki, a i młody. Czerwono włosa uśmiechnęła się do swych myśli, co również nie uszło uwadze Elemiahowi.
-Kapitanie!!! Burza nadchodzi! Wiatr wzmocnił się już co najmniej dwa razy!- krzyknął sternik w głąb korytarzyka, gdzie były drzwi do kajuty Vasara. Żeglarze mogli usłyszeć głośny stukot obcasów i na pokładzie pojawił się kapitan, dopinając spodnie i czarny surdut. Za nim wyjrzała rozczochrana głowa Aniel, która próbowała pospiesznie pozapinać bluzkę.
-Ściągnąć foka Panie Bukkerkup, bo wyrżniemy o Kły- powiedział szybko i zaraz pojawił się przy busoli i mapach.
-Aj, Aj Kapitanie! Foka Zrzuć!- zaczął krzyczeć na załogę opasły mężczyzna z czerwoną twarzą i gęstymi bokobrodami. Wszyscy wili się jak w ukropie, mocując się z żaglami rozdymanymi przez silny wiatr, i ślizgali się po pokładzie zabezpieczając towary i siebie linami.
-Idź pod pokład!- wrzasnął Elemiah do przerażonej dziewczyny. Ta kiwnęła głową i zaczęła schodzić po schodkach. Wtedy właśnie uderzyły fale i przekrzywiły statek tak, że prawie położył się na lewej burcie. Aniel straciła równowagę i wpadła do szalejącego morza.
-Człowiek za burtą!- krzyczał bocian wychylając się z bocianiego gniazda i pokazując miejsce gdzie fale pochłonęły dziewczynę. Vasar nie wiele myśląc przewiązał się w pasie liną i wskoczył za nią.
Ogarnęła go cisza zatykająca uszy. Przez chwile czuł się jakby już umarł. Kiedy otworzył oczy zobaczył brzuch statku walczącego z falami, i spadającą na dno dziewczynę. Zaczął płynąć do niej, wyciągnął rękę i chwycił. Objął nieprzytomną szczelnie i zaczął ciągnąć za linę. Marynarze na statku dostrzegli znak i zaczęli szybko wyciągać ich z wody. Wiatr zaczął cichnąć, a fale ustawały. Przez szczelną pokrywę szarych chmur, zaczęło nieśmiało prześwitywać słońce. Kapitan położył Aniel na pokładzie i uderzył dwa razy w mostek. Odruch był natychmiastowy i dziewczyna zaczęła pluć słoną wodą.
-Witamy wśród żywych- zaśmiał się bosman i podał jej pled. Dziewczyna spojrzała na Kapitana zdziwiona.
-Czemu mnie uratowałeś?- zapytała, ten tylko kiwnął głową z uśmiechem.
-Kotku, należysz do załogi, a nikt nie pozwoli swojej załodze tonąć- wzruszył ramionami- Panie Krat. Proszę obrać kurs na Paroe. Przez ten lekki sztorm wyszliśmy z obiegu. Panie Bukkerkup, każ rozwijać żagle. Czeka nas jeszcze sporo drogi- uśmiechnął się i wykręcił swój nietypowy kapelusz.
Następnego dnia słońce znów prażyło niemiłosiernie, a niebo było tak samo przejrzyste jak woda. Załoga przy pracy śpiewała sobie jedną z żeglarskich pieśni.
Yo ho, Yo ho, żeglarzem sobie być.
Z Kapitanem za pan braty
A my żeglarze niezłe chwaty
Yo ho, Yo ho, żeglarzem sobie być.
W porcie czeka żona
A przed nami nasza wymarzona
Yo ho, Yo ho, żeglarzem sobie być.
Pijcie moi mili groga
Bo przed nami ciężka droga
Yo ho, Yo ho, żeglarzem sobie być.
Aniel te słowa wydawały się kiepskie, tak samo jak ich wykonanie, ale nie odzywała się słowem. Wiedziała, że każdy z załogi skoczyłby jej na ratunek, jak to pokazał kapitan. Nareszcie czuła się potrzebna.
-Długo jeszcze?- zapytała bosmana i przysiadła koło niego.
-Nie. Toć już prawie na miejscu jesteśmy- wzruszył ramionami.
-Powiedz mi Karl. Vasar zawsze był żeglarzem?- bosman zamyślił się i nachmurzył.
-Nie. Kapitan kiedyś wojak. I teraz też nie płynie tylko z towarami. Mówił, że ma jakiąsik robote dla miecza. Ale co mi tam wiedzieć- wzruszył ramionami, a Aniel poszła pod pokład, bo wiedziała, że więcej nie wyciągnie. Pod wieczór znów została zaproszona do kajuty. Leżała obejmowana przez Elemiaha po wszystkim i rozkoszowała się ciepłem.
-Kapitanie?
-Daj spokój mała, jestem Elemiah- zaśmiał się i odgarnął jej kosmyk z oczu.
-Co to za robota którą masz zrobić?- mężczyzna drgnął nieznacznie i spojrzał na nią zdziwiony.
-Ty to masz zdolności wywiadowcze, niech mnie. No dobra. Mam się spotkać z jakimś człowiekiem, wziąć zadanie, kogoś zabić. Tyle mi wiadomo- odparł obojętnie i wyszedł z łóżka.
-Aha- mruknęła tylko patrząc na jego sprężyste ciało.
-Elemiah…
-Co znowu?
-Chodź do mnie, znowu mam ochotę na ciebie- zaśmiała się perliście, a kapitanowi nie trzeba było tego drugi raz powtarzać. Zdmuchnął świecę i wszedł do ciepłego łóżka.
Koniec rozdziału I
skomentuj (5)
2006-05-05 12:24:01 >>
Rozdział I "Mała Iskierka"
Wiatr! Od tak dawna nie czułam całą sobą otaczającego mnie świata! Chce mi się śpiewać. Tak! Tańczyć i śpiewać na całe gardło z radości, która tak dawno mnie nie odwiedzała. Nareszcie moje zhańbione i zmęczone ciało może odetchnąć i powiedzieć „Żyję!” Przeciągły skowyt zakłócił Aniel te wspaniałe myśli. Mimowolnie przebiegł jej przez kręgosłup mrożący dreszcz. Zaklęła w duchu, że nie wzięła ze sobą czegoś więcej prócz ciepłego płaszcza i krótkiego miecza. Lasy Asker są pełne dzikich zwierząt. Wilków? Niedźwiedzi. A może… Może hybryd, których ludzkie oko nigdy nie widziało?
Przy kolejnym skowycie dziewczyna nerwowo odgarnęła kosmyki czerwonych włosów. Koń zaparskał i szarpnął łbem. Wydawało jej się, że z każdej strony, zza każdego krzaka czy drzewa czyha na nią potwór. Krwiożercza bestia.
-No dalej Chabeto. Rusz się!- kopnęła mocniej piętami i nerwowy koń zaczął iść ociężale do przodu. Później były to ułamki sekund. Z ciemnego zakamarka leśnych ostępów wyleciała wataha wilków. Bestie rzuciły się na pęciny konia szybko i sprawnie powalając zaskoczone i przerażone zwierze. Aniel odskoczyła w bok i próbowała się bronić. Szybkimi skokami zasiekła dwa wilki, później spóźniła się odrobinę z paradą i szara, kudłata bestia wgryzła się jej w ramię. Wilk poczuł smak krwi, a dziewczyna bólu. Krzycząc wyrwała z cholewki buta sztylet i wbiła psu w oko. Ten zaskowyczał przeraźliwie i puścił ją, miotając się w konwulsyjnych spazmach. Aniel nie czekała długo. Zebrała w sobie resztkę siły i uciekła dalej w las zostawiając za sobą kwiki zjadanego żywcem konia i ujadanie watahy. O dziwo koń wystarczył. Po ładnych paru kilometrach dziewczyna była pewna, że żadna bestia nie pobiegła za nią i wtedy właśnie pozwoliła sobie osunąć się pod drzewem ze zmęczenia i sporej utraty krwi.
-Cholera…- wychrypiała próbując bezskutecznie zatamować krwotok. Kiedy czarne kropeczki zaczęły jej przelatywać przed oczami, zdała sobie sprawę, że może tego nie przeżyć. Uśmiechnęła się krzywo na niesprawiedliwość tego świata i straciła przytomność.
Obudziła ją gorączka i ostry ból, który przeszywał ramię milionem małych rozgrzanych do czerwoności szpikulców. Próbowała się podnieść. Za szybko. Opadła tylko bezwładnie dysząc na poduszkę. Jakaś zamazana, czarniawa postać przemknęła obok nie, poczuła ukłucie i zrobiło jej się tak miło i ciepło. Zdobyła się na odwagę i otworzyła oczy. Obraz najpierw zamazany i przeraźliwie jasny, powoli nabierał kształtów i kolorów. Przed nią stał siwy i długobrody mężczyzna. Przyglądał się jej bacznie dzierżąc w ręku dziwne urządzenie ze szpikulcem.
-Oddychaj spokojnie- charczący głos zadudnił w jej przeczulonych uszach. Mimowolnie skrzywiła się. Zauważył to i uśmiechnął się.- Miałaś szczęście młoda damo. Daleko zaszłaś zanim zemdlałaś.- nieznajomy uśmiechnął się i zaczął zmieniać opatrunek na ranie.- Jestem Galadiv, a ty?
-Aniel- szepnęła białymi wargami, które nie całkiem chciały się złożyć do wypowiadania poszczególnych liter.-Co to jest?- dodała po dłuższej próbie zapanowania nad artykułowaniem słów.
Galadiv znowu spojrzał na nią spokojnie swoimi jasno-niebieskimi oczami. – Urządzenie do podawania naparów wprost do krwioobiegu. Nazwałem to strzykawką- pogładził szklaną menzurkę zakończoną ostrą, szklaną i cienką rureczką.- Podałem ci w niej środek przeciwbólowy, stąd też niezdolność do mówienia. Twoje mięsnie są rozluźnione a w żyłach płynie coś co koi ból i zabija wszelkie potworności zżerające od wewnątrz rannego człowieka- dodał po namyśle i podał jej trochę wody.- Zdrzemnij się. Zostaniesz tutaj póki nie wyzdrowiejesz na tyle, byś mogła odejść.
Aniel kiwnęła głową w podzięce i zamknęła oczy. Starzec zgasił lampę i zamknął się w swoim pokoju…
Dziewczyna została jeszcze następny tydzień. Kiedy miała sprawną rękę na tyle, by utrzymać się w siodle podziękowała Galadivowi i pojechała w drogę na Wybrzeże Zachodnie a stamtąd w wilgotne i ciepłe objęcia dżungli i bagien. Jej celem była Paroe. Wielki kontynent na którym można było spotkać wszystko i nic.
-Chciałam się zaciągnąć do załogi- powiedziała spokojnie dopalając papierosa. Postawny żeglarz zmierzył ją wzrokiem.
-A gdzie chcesz płynąć?
-Paroe- włosy błysnęły ogniem w promieniach słońca. Marynarz zasępił się na chwilę, pomyślał i postukał palcami o skrzyknę śledzi.- Taaa. No to my tam płyniemy, ale musisz porozmawiać z Kapitanem ot on tu dowodzi.- dziewczyna kiwnęła głową w podzięce i weszła na pokład rozchybotanej, śmierdzącej łajby.
Od razu rzuciła mu się w oczy. Smukłe ciało, ogniste włosy i wzrok. Wzrok który zdawał się mówić „Tknij mnie a niewiele z ciebie zostanie” Dziewczyna z charakterkiem. Mała Iskierka, która zabłąkała się i oddaliła za bardzo od paleniska. Podszedł spokojnie i stanął przed nią dłubiąc końcem noża za paznokciem.
-Czego taki kociak szuka na statku?
-Kapitan Vasar?
-Zależy kto pyta i o co chodzi kotku- uśmiechnął się szelmowsko, co widocznie nie podobało się dziewczynie.- Niech zgadnę- kontynuował niewzruszony- Chcesz popłynąć z nami na Paroe ale nie masz czym zapłacić?- Aniel zrobiło się trochę głupio, widać nie była pierwszą taką co to chce ale nie może.
-Umiesz gotować?
-Słucham?- otrząsnęła się w myśli.
-Pytam czy umiesz gotować? Jakoś musisz zarobić na swoje utrzymanie. Będziesz robić w kuchni. Aktualnie brakuje nam kucharza, bo się zapił na śmierć- nie czekając na odpowiedź wskazał jej schodki pod pokład.- Za pół godziny odbijamy, więc jak chcesz coś jeszcze wziąć z brzegu kotku to się pospiesz- odwrócił się trochę sztywno i poszedł dopilnować resztę załogi.
Aniel uśmiechnęła się pod nosem. Była zaokrętowana.
skomentuj (3)
2006-05-04 01:36:45 >>
Rozdział I- "Początek"
Ostry, zimny wiatr smagał nieliczne, karłowate pinie i dachy drewnianych domków. W takiej scenerii wśród ośnieżonych szczytów górskich kolosów znajdowała się moja wioska. Tak, tak słuch was nie zmylił, ponieważ tej wioski już nie ma. Jak mi się żyło? Co to za pytanie! Oczywiście, że ciężko, ale jeżeli człowiek rodzi się w takich warunkach łatwo przyswaja się do otoczenia. O czym to ja miałem… A tak, o zniszczeniu wioski. Więc było to dokładnie dwadzieścia lat temu. Byłem jeszcze podlotkiem, kiedy uderzyły dzwony w świątyni na znak zbliżających się wojsk Monomirów. Od razu było wiadomo, że ta mała dziupla wśród skał nie da sobie z nimi rady. Pytasz czy daliśmy się bez walki? Oczywiście, że nie. Zjawili się jak burza, niespodziewanie ale za to cholernie skutecznie. Długo nie trwał nasz opór. Moja rodzicielka schowała mnie i moje siostry, każdego oddzielnie by zwiększyć prawdopodobieństwo przeżycia. I co? Pytacie się… Przeżyłem tylko ja. Smarkacz sparaliżowany strachem, który nie mógł się ruszyć nawet kiedy na jego oczach gwałcono i zabijano własne siostry. W nocy na drugi dzień głód wygnał mnie z kryjówki. Jak mały szczurek biegałem od jednej kryjówki do następnej, od cienia do cienia. Wszyscy, których spotykałem na drodze byli martwi. Byłem już w świątyni, kiedy spostrzegło mnie dwóch Monomiryjczyków. O dziwo nie chcieli mnie zabić. Pobili, tak, że nie mogłem się ruszyć. Kiedy zaczęli odpinać spodnie domyśliłem się czemu nie zabili mnie od razu. Uratował mnie świst strzał. Pewnie takie same szczyle jak ja, tylko, że od nich usłyszały jakiś chrobot i spanikowane zaczęły szyć z łuków. Nie czekałem na nic tylko uciekłem. A co było potem? Mordercza wędrówka przez góry, później w dół rzeki Idu i pustyni Thar. Wycieńczony i ledwo żywy dotarłem do Oceanu Południowego. Na plaży znalazły mnie żony i córki marynarzy. Przygarnęły, a ja nauczyłem się fachu i walki od najlepszych Rzeźników Morskich, jakimi byli żeglarze- niewysoka ale dumna postać skończyła swoją opowieść i dopiła piwo. -Niesamowite- ktoś szeptał po Sali w której zrobiło się nienaturalnie cicho. Inni patrzyli krzywo, bo nie chcieli uwierzyć. Większość jednak tą opowieścią tłumaczyła sobie jego obłąkanie. Elemiah Vasar, mężczyzna potrafiący stanąć bez broni przeciwko dziesięciu chłopa. Człowiek, który zdawał się całym sobą mówić „ Jestem skurwysynem, ale za to skutecznym”. Kiedy przychodziło do walki niebo przełamywało się na pół, a na ziemię spadał deszcz krwi i trupów. Taki był właśnie Elemiah- bestia i obłąkaniec w jednej niewysokiej i niepozornej postaci.
*
Pustynia Śmierci. Ludzie mogą podróżować tylko dniem, lub tylko nocą. Czemu? Nieliczne stworzenia potrafią przeżyć różnicę stu stopni między dniem a nocą.
Niewielka karawana spieszyła się, by przejść ostatni odcinek dzielący ich od miasteczka- widma po środku pustyni.
-Stójcie! Jakiś człowiek!- krzyknął wysoki mężczyzna w białym stroju. Wszyscy spojrzeli w daną stronę i zamarli. Czy to na pewno człowiek? Ku nim zmierzało chude i wysokie widmo. Czarne włosy otaczały go chmurą co chwilę podwiewaną przez wiatr.
-To upiór!
-Stać! Ktoś ty!- krzyknął we wspólnym szef karawany.
-Jestem Gabriel. Mogę się do was dołączyć? Już wiele dni podróżuję bez celu- szepnął, bo nie był w stanie mówić. Karawana zamarła. On przeżył na pustyni? Niewiarygodne! Ze strachem, ale go przyjęli, kiedy zamknęły się za nimi drzwi miasta na pustyni zaczął się prawdziwy ziąb.
*
W wysokim, kremowym domu o konstrukcji podobnej do koronkowej chusteczki, mimo późnej godziny świeciły się światła. Słychać było krzyki. Panika i strach. Co się tam dzieje? Pytają ludzie na jednej z bardziej ekskluzywnych ulic Stolicy. Szukają dziewczynki! Chyba poszła na plażę i zniknęła. Jak zwykle rozgadana służba szybko puściła w miasto nawet najbardziej niedorzeczne pogłoski.
W domu starego kupca Vehu istotnie szukali jego najmłodszej córki. Jej niania mówiła, że dziewczynka poszła tylko pozbierać muszelek dla mamy. Kiedy? Zaraz po kolacji! Na Boga miałam ją cały czas na oku! Tylko na chwileczkę odwróciłam głowę, a jak spojrzałam ponownie, jej już nie było.
Kupcowa odchodziła od zmysłów, przecież to jej ukochana córeczka. Wszczęto poszukiwania na plaży z psami. Niestety ślady zmazał deszcz, który na nieszczęście zaczął lać właśnie teraz.
Dwa tygodnie później wszyscy w Stolicy wiedzieli z plakatów, że dziewczynki nie odnaleziono. Miała wtedy dziesięć lat.
W zupełnie innym miejscu, na obrzeżach miasta, przez bramę przejeżdżały wozy z burdelem. Strażnikom nie przyszło na myśl, by przeszukać kolorowe i wesoły wozy, pełne powabnych i mocno podchmielonych kurtyzan. W środkowym wozie w kąciku kucała mała dziewczynka o mysich włoskach a stara burdel mama uparcie próbowała dowiedzieć się jak jej nowy nabytek ma na imię. Tuż przed zaśnięciem dziecko wyszeptało jedno słowo: Aniel.
Dziewięć lat później na rozdrożu głównego traktu i wąskiej ścieżki prowadzącej do mieściny o dźwięcznej nazwie Almitea rozegrał się koszmar. Jedna ze sprzedajnych dziewczyn w szale zarżnęła burdel mamę i niektóre swoje koleżanki. Ta sama mała, przestraszona dziewczynka o mysich włosach siedziała na grzbiecie sporego gniadosza i patrzyła z pogardą na wijące się pod nogami konia grube cielsko z rozchlastaną tętnicą szyjną. Mała Aniel po dziewięciu latach uwolniła się od smrodu jej życia. Teraz jako młoda kobieta z płomiennie czerwonymi włosami gnała w cwale przed siebie. Byle dalej od tego wszystkiego. Byle dalej.
skomentuj (2)
2006-03-24 08:08:10 >>
Początek
Ogłaszam początek czegoś nowego. Fantastyka czy fikcyjny świat (nie)zwykłych ludzi? Zobaczymy czy się spodoba...
skomentuj (3)